RSS
środa, 15 września 2010
Dzień dziewiąty

Rano. Skype. Mała maca ekran laptopa. Przez 2 minuty jest spokój i skupienie. Po tym czasie zaczyna się jazda. Tata wlazł do komputera i nie chce wyjść! Nie dość tego nie chce wziąć na ręce. Tylko gada! Ukochany tata się popsuł. Dziecko nawala w klawiaturę. Co chwilę pojawiają się mi dziwne komunikaty, ginie dźwięk i Mała odkrywa skróty klawiszowe o których chyba nawet sam Microsoft nie miał pojęcia. Obraz przesyłany do Taty przestaje być kadrowany. Widać moje plecy, tyłek, pół głowy, czasami nie widać nic. Czasami akcja przenosi się do innego pomieszczenia, ale laptop pozostaje tam gdzie był więc tata widzi liżącego łapę kota. Trudno, dobre i to.

Tak naprawdę wcale nie było śmiesznie. Choć może było? Ale dopiero po czasie.

Tagi: skype
13:00, alanka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 14 września 2010
Dzień ósmy

Jak się czuję - wyczerpana...chora, stara i brzydka. Dowiedziałam się, że te bóle głowy to od chorej tarczycy i jakoś tak od razu się postarzałam. Rano ubrałam się ładnie i czułam się dobrze. W drodze do pracy czułam jak z każdym kliometrem opuszcza mnie zadowolenie z własnego wyglądu. W pracy sięgnęło zera. Wracając do domu zaczęło rosnąć do poziomu wszystko mi jedno. Na czym polega to zjawisko?

poniedziałek, 13 września 2010
Dzień piąty, szósty i siódmy

Uzupełniam wpisy.

Ząbkowanie ząbkowaniem, ale temperatura 40 stopni może przerazić? Prawda? Szczególnie o 2 w nocy. Podsumowując w tej chwili jestem ekspertem od 'trzydniówki'. Czyli najpierw przez trzy dni gorączka dochodząca do 40 stopni a czwartego dnia wysypka i po sprawie. Mała marudna, bo teraz zostały już "tylko" ząbki. Idą górne i dolne dwójki. Lekarz, któremu ufam ( a niewielu takich jest) powiedział, że dziecko nie powinno wychodzić na dwór tylko w dwóch przypadkach - gorączki i temperatury poniżej -11 stopni. Ponieważ wczoraj ani jedno, ani drugie nie miało miejsca, a Mała już fiksowała w domu to wybrałyśmy się na spacer do parku, gdzie to Mała zasnęła w wózku. Bidulka. Taka wymordowana po tej chorobie i ząbkowaniu. Z wysypką na brzuszku.

Zostało już tylko ile? 23 dni.

Dzień czwarty

Mała ząbkuje. Po małoprzespanej nocy znalazłam się w pracy. Bo już naprawdę nie mogę w pracy nie być, choć jak nie będzie wyjścia to nie będzie. No i skutkiem nocy są dwa maile do dyrekcji o tej samej treści z adnotacja, że wysyłam drugi raz bo poprzednio nie było tam tej treści... Zaczynają sie na mnie patrzeć dziwne. A ja zaczynam wyglądać jak zombi. Mam zapadnięte oczodoły i dziwny uśmiech na twarzy. Na szczęście górne siekacze są już są wyczuwalne palcem więc jeszcze trochę, jeszcze trochę. Czy ja sie w ogóle wyrażam zrozumiale?

czwartek, 09 września 2010
Dzień trzeci

Jak można się zarobić?

Postanowiłam, że dziś umyję okno w kuchni, które nie było myte od maja zeszłego roku, kiedy to przed porodem postanowiłam posprzątać całe mieszkanie. Zaczęłam od wejścia do łazienki, gdzie zobaczyłam brudny zlew. Kiedy go umyłam zobaczyłam: brudną kabinę prysznicową, kibel i szafkę na kosmetyki. Umyłam po kolei. Następnie zobaczyłam śmierdzącą kuwetę kota ( codziennie rano sprzątam dwie kupy: Małej a następnie kota). Postanowiłam wymienić cały żwirek w kuwecie. Ponieważ stary żwirek się rozsypał, a mała raczkuje musiałam umyć podłogę, umyłam w całym domu. Poszłam do kuchni i umyłam okno, umyłam kwiaty na parapecie. Umyłam okno w małym pokoju i umyłam też tam kwiaty, skoro już myję... Postanowił uprasować firankę do kuchni i gdy skończyłam uświadomiłam sobie, że mam jeszcze sporo prasowania, więc uprasowałam ciuchy moje i Małej. Powiesiłam firankę. Poszłam na balkon, gdzie zobaczyłam niewyniesione kartony więc wyniosłam je do piwnicy a następnie wyniosłam 3 worki śmieci do zsypu. Kiedy usiadałam, byłam tak zmęczona, ze stwierdziłam, ze odpoczynek nie ma sensu i pojechałam na zakupy. Odpocznę jutro. Może.

środa, 08 września 2010
Dzień drugi

Ogoliłam kota. Miałam dosyć kłaków. Było ultimatum, brak kłaków, albo won z domu! I w końcu miarka się przebrała. Rano odkurzyłam, wracam z pracy, a tam kłaczarnia. Powieka zaczęła mi drgać samoistnie. Chwyciłam telefon i na wieczór umówiłam się z opiekunką, że jakby kotowaty się darł, to opiekunka przypilnuje dziecka, które o tej porze powinno już spać. No i oczywiście spać nie chciało, jak zawsze kiedy właśnie powinno. A opiekunka i pani od golenia kota przyszły akurat punktualnie. W ostatniej minucie dziecko zasnęło, pocałowałam, pogłaskałam po głowie i ruszyłam na balkon. Kot cały zmierzwiony. Wie co się święci. Ale najpierw spryskałam balkon feromonem, wiadomo, sztachnąć feromona dobra rzecz! Później wyciągnęłam kocie przysmaki i zaczęłam głaskać. Kot zaczął mruczeć, a pani golić. Po godzinie, miałam ogolonego, odkłaczonego kota i worek kociej wełny na sprzedaż. Kupujących było brak. Spokój i czystość w domu. I obrażony przez jeden dzień kot.

wtorek, 07 września 2010
Dzień pierwszy

Pokrzepiona alarmową wizytą w kościele i przepędzona stamtąd przez kościelnego, który chciał juz zamykać "a modlić to sie trzeba na mszy, a nie po" czułam się nadal bezsilna i przerażona. Dzień pierwszy spędziłam na spacerze i w domu na niemyśleniu o kolejnych 29 dniach. Mała nie chce jeść, bo ząbkuje. Stoi w łóżeczku i krzyczy :"Mama, amam, mama!!!!!!". Jest to jedyne bezpieczne miejsce, w którym mogę ją zostawić jak chce coś zrobić, czyli np. przygotować wanienkę do kąpieli lub pościelić łóżko. Ale Mała wyczuła swoimi sensorami brak taty w domu i włączyła cały swój nasłuch na mnie. I nie ma przebacz. Musi być ze mną wszędzie! Co zrobić? Trzeba zabrać. Biję się więc z myślami, czy wziąć i wciąż sie rozglądać, czy czegoś nie zbroiła jak ja nalewam tą wodę, czy słyszeć ryk dziecka, które na 2 min. straciło z oczu mamę? Pytanie pozostawiam otwarte, może po 30 dniach będę już znała na nie odpowiedź.